Trzy świnki z happy end… czyli kindermarketing i jak sobie z nim radzić.

Lubisz bajki z happy endem? Tak?! Ja bardzo, dlatego odkryję przed Tobą czego musimy nauczyć trzy małe świnki by wygrały walkę ze złym wilkiem.

„Chodź opowiem Ci bajkę …. o trzech świnkach i złym wilku”, tak zaczynał się poprzedni artykuł o kindermarkietingu (tutaj). W tym artykule za to zastanowimy się jak postępować by nasze małe świnki (dzieci) umiały bronić się przed złym wilkiem (reklamodawcami).

Zastanów się, czy dajesz dobry przykład.

W pierwszej kolejności należało by sobie uzmysłowić iż to my dorośli jesteśmy dużą częścią problemu. To nasze zachowanie, nasz zły przykład daje dzieciom pozwolenie na „domaganie się” tego co widziały w reklamie. Jeżeli sam ulegasz pokusom i w pierwszej kolejności kupujesz do zjedzenia nowości widziane w telewizji tylko po to by „sprawdzić co to” – to nie dziw się dzieciom. One uczą się poprzez obserwację i naśladownictwo. Jeżeli ubierasz siebie w markowe ubrania od znanego projektanta, bo to modne i daje prestiż, to nie oczekuj że dzieci będą bawić się zabawkami z drugiej ręki sprzed sezonu. One też chcą być trendy i na czasie. Instalowanie telewizora w dziecięcym pokoju z możliwością nielimitowanego odbioru programów dla dzieci, nie ustrzeże ich przed częstym oglądaniem tej samej reklamy działającej jak mantra „musisz to mieć!”.

Tłumacz, tłumacz i jeszcze raz tłumacz

Nawet jeżeli dawany przez nas przykład jest nieskazitelny, nie jesteśmy w stanie uchronić nasze dzieci w 100% przed ich wpływem. Można jednak ograniczyć ilość przekazu docierającego do dzieci lub moderować to co widzą poprzez rozmowę. O tym, że należy edukować dzieci pod kątem edukacji finansowej pisałam już tutaj, reklama też jest w zakresie tej wiedzy. Należy rozmawiać o tym co zawiera przekaz i jakie są ich oczekiwania wobec rzeczy zobaczonej w reklamie. Ja często tłumacze moim dzieciom, że to co widzą nie lata samo,  nie pojawią się straszni złoczyńcy by superbohater –zabawka mógł nas uratować, a tańczący piesek nie będzie przyjacielski jak prawdziwy pupil. Często już po takiej analizie dzieci rezygnują, gdyż ich oczekiwania były związane z czymś innym a nie z tym co faktycznie dostaną.

Co gdy namowy nie mają granic?

Jeżeli jednak  namowy dzieci nie mają granic, a jest to czas zbliżających się świąt Bożego Narodzenia lub urodzin, namawiamy je by w pierwszej kolejności zapoznały się z daną rzeczą w sklepie lub pobawiły się u swoich koleżanek i kolegów. Osobiście wolę ten pierwszy sposób. W sytuacji gdy uznamy iż dana zabawka należy do tych z kategorii „pobawi się 5 min i rzuci w kąt”, to jesteśmy w stanie tak prowadzić dziecko między alejkami sklepowymi by namówić je do zmiany zdania na coś bardziej kreatywnego, rozwojowego czy po prostu tańszego a ciekawszego.

Od czego jest kieszonkowe.

A co jeżeli jest czas poświąteczny i po urodzinowy? Namawiamy tak jak powyżej do zapoznania się z zabawką w sklepie i sfinansowania sobie tej rzeczy z wcześniej zgromadzonych funduszy w „śwince- skarbonce”. Oczywiście nie pozwalamy na szybki sprint do sklepu z całą masą drobniaków, zaraz po tym jak wyemitowano pierwszą reklamę z ulubionym superbohaterem czy inną lalką – oczywiście, że nie!! Dajemy czas na dłuuuugie zastanowienie się przez nasze dzieci, czy dana rzecz jest chwilową zachcianką czy potrzebą (w rozumieniu dziecięcych potrzeb oczywiście).

Nie dajmy się kindermarketingowi

Każdy kto obserwuje swoje dziecko wie, że im rzadziej widz ono zabawkę w reklamie tym szybciej o niej zapomina. Dlatego też w dobie Internetu i platform streamingowych, mamy możliwości włączania naszym dzieciom konkretnych bajek lub programów dedykowanych, nie przerywanych reklamami. Dodatkowo jesteśmy moderatorami tego co i jak długo oglądają nasze dzieci. W prawdzie istnieje ryzyko, że jeżeli pozostawimy dziecko bez nadzoru, może natrafić na treści zakazane dla tak młodego widza. To na nas dorosłych spoczywa odpowiedzialność co i gdzie oglądają nasze dzieci.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *